luana blog

    Twój nowy blog

    Powracam. W niewielkim stylu, ale ho. jestem. na życzenie dwiny, jako że pewnym prawom natury człowiek nie może zwyczajnie się postawić i ze spuszczonym ogonem ugiąć się musi.
    Z rzeczy ważnych i emocjonujących – przeszłam przemianę. Przemieniło się między innymi moje poczucie humoru. Właściwszym słowem być może byłoby rozszerzyło, gdyż oprócz hermetycznego humoru angielskiego z XIX wieku zaczęły mnie śmieszyć straszne filmy i mała brytania. Brytania wręcz szaleńczo i jak na razie bezkonkurencyjnie. Tak genialnego wyśmiania angolców przez angoli to nigdzie indziej. Sprawdzę jeszcze jak z american pie i mogę się kłaść do grobu. Mogłabym napisać niewielki tomik prozy oraz serię haiku dlaczego tak bardzo mnie to śmieszy, ale postanowiłam się wyluzować i dać sobie większy margines wolnośc w tej sprawie. Co będzie to będzie. Być może kiedyś nawet zacznę się śmiać tego dowcipu o beethovenie który był tak głuchy że myślał że jest malarzem. Nie dziś, nie jutro ale kto wie.
    Poza tym ostatnio zauważyłam że się powtarzam. Codziennie na przykład mówię: „kochanie jedna paczka dziennie to dla mnie za mało.  A ten kaszelek to od spania przy otwartym oknie bo mi duszno, wiesz”. albo „jak nie lubię czerwonego to jednak te jedyne w swoim rodzaju buty marca jacobsa są jakby widzisz stworzone dla mnie”. Ale kuba zauważyłam że też jakoś się powtarza, bo co i rusz: ” kochanie skarbie złotko gdzie jest ta paczka wczorajsza”, albo „aniele najsłodszy dlaczego ach dlaczego chcesz tyle wydać”. Także nie ma co się martwić, jak człowiek nie jest w czymś sam od razu raźniej.
    Moją ulubioną aktywnością fizyczną jest bezsprzecznie malowanie ścian. Sciana może być dowolnego rodzaju, dowolnej wielkości i być własnością dowolnej osoby, mam natomiast bardzo precyzowane wymagania co do farby – musi być gęsta. Konsystencja creme brulee i żadna inna. musi mieć porządny zapach, atakujący aromat chemicznego składu oraz być gładka cobym mogła ją ekstatycznie mieszać i z lubością cieszyć oczy bąbelkami powietrza. Mmm. Polem na którym spełniam moje fetyszystyczne fantazje jest obecnie budujący się domek rodziców. Powiedzmy delikatnie że paleta barw których zażyczyła sobie rodzicielka jest dośc uboga i średnio pozwalająca na ujście wizji artystycznych, ale darownemu koniowi wiadomo. Tak więc maluję zawzięcie i do wyczerpania, ale spotyka mnie za to li i jedynie pomruk niezadowolenia. Ostatnio na przykład gdy przez zupełny przypadek moja piękna gęsta farba nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności w którym miała udział drabina, nogawka od spodni oraz osa, zalała większośc wyśnionych po nocach przez wyżej wymienioną kobietę dekorów podłogowych stylizowanych na stary piec. Owe dekory (które notabene nie rozumiemem czym zasłużyły sobie na poświęcanie im snu) nadmienię są dośc głęboko żłobione i zdaje się że wydobycie z nich mojej gęstej aromatycznej farby zajęło jakieś 3 dni, ale przy tym na szczęście już mnie nie było. W każdym niesprawiedliwość z jaką moje starania są odbierane pozbawiła mnie połowy przyjemności. Także jakby ktoś miał jakąś śacinę do malowania to się polecam gorąco :)
    A tak w ogóle to sama nie wiem, chciałabym mieć winnicę. We włoszech o. W toskanii. Małą taką jakąś, skromną winnicę z tyci chateau gdzie mogłabym wieść samotniczy żywot wśród śpiewu ptaków i odgłosów cykad. Niechybnie się starzeję bo jeszcze nie tak dawno rok temu szczytem marzeń było szczytowe piętro w liebeskindzie co go nam budują w samym centrum centrum. Przejrzałam ogłoszenia i po spieniężeniu mieszkania oraz sprzedaży mniej strateigcznych oragów wewnętrznych na czarnym rynku, możemy kupić przepiękną stodołę bez dachu do kompletnej renowacji w malowniczej lokacji zaledwie 15 km do najbliższego sklepu. Poddam ten pomysł rozwadze w każdym razie.
    Co jeszcze, a tak. mam już prawie dorosłą córkę chrzestną, nie dalej jak dwa tygodnie temu zawołała do mnie „kiokia” (ach cudowne uczucie, łza wzruszenia mi spłynęła na szczeble drabiny gdyż właśnie wykańczałam korytarz, dziecię zaś uwięzione było w kojcu na dole). Być może miała na myśli coś absolutnie innego, w stylu „wafelek ryżowy daj mi teraz” albo „wyjmijcie mnie z tego kojca bo pokażę wam prawdziwe znaczenie słowa histeria” ale jednak. W każdym razie skierowane to było do mnie, a ja na przestrzeni ostatnich lat stałam się bardzo emocjonalna.
    Idę spać. Piąta rano to właśnie ta chwila kiedy mogę jeszcze usnąć bez masażu stóp i domowej aromaterapii.

    to już oficjalne. nasenne nie działają, nawet te na receptę. już chyba tylko do piachu się nadaję. Podać no łopatę. 

    Miałam Ci ja imieniny niedawno i nie byłoby w tym niczego szczególnego, bo co roku są i w sumie żaden pożytek, ale w tym roku muszę ach muszę się pochwalić swoimi zdobyczami okołoprezentowymi które w kosmetyczny, acz znaczny sposób zmieniają rutynę mojego dotychczasowego życia. Pierwszą zdobyczą są (tadamtadam) soczewki. Ale nie takie ot, jedynie dla nudnej poprawy wzroku (choć to też), ale przede wszystkim zmieniają mój srakozielonobrunatny kolor na szlachetny ciemny błękit. Według ofiarodawczyni (siostra) wyglądam w nich jak trup odłowiony z jeziora, ale ja będę obstawać jednak przy tym że zyskałam na urodzie znacznie. Zawsze chciałam mieć niebieskie oczy, zawsze. Nawet ostatnio skarżyłam się tacie podczas weekendowego spotkania że mam taki gupi kolor oczu, że w żadną stronę i bez sensu, ale właśnie w tym momencie, spoglądając zbolale w oczy rodzica dostrzegłam identyczy odcień srakozielonobrunatnego, więc zamilkłam nauczona w domu że czasem trochę taktu nie zawadzi. W każdym bądź jednakowoż razie prezentuję teraz odmienny imidż i co więcej nie widzę tego tylko ja, ale również osoby postronne (dzisiaj na ten przykład, na egzaminie z psychofizjologii widzenia zauważył to pan wykładowca). Drugim nabytkiem jest nowy telefon który zdążyłam już obdarzyć gorącym uczuciem oraz serdecznie znienawidzić jednocześnie. Ja jednak mam to coś w stronę gadżeciarstwa, no nie mogę się wyrzekać, przyznaję. I ten mój nowy telefon idzie jakby w parze z prezentem numer jeden, gdyż jego główną zaletą jest lusterko, stworzone chyba właśnie z myślą o osobach które namiętnie pakują sobie paluchy w oko i potem im wypadają soczewki i potem w śroku wykładu muszą je zakładać z powrotem. O, prosz, jaki śliczny:

    Trochę mnie wkurwił fakt że menu jest czarne i nijak tego nie idzie zmienić. No właśnie, mnie potrafią wkurzyć takie drobiazgi, może dlatego nie mogę spać. A tak poza tym to jest kochany, szczególnie wyświetlacz. I wydaje z siebie dźwięki przy rozsuwaniu i zsuwaniu. Caaaały tramwaj wiedział że piszę smsa. A no i właśnie, każda literka ma inny dźwięk. LITERKA powtarzam, nie guziczek. A dźwięki dodam są w tonacji organów kościelnych. to teraz prosz sobie wyobrazić jaką furorę zrobiłam w tym tramwaju pisząc przez dobre 15 minut. Pasażerowie linni tramwajowej numer 1 z pewnością zdążyli mnie serdecznie znienawidzić, razem z tym oto zacnym prezentem imieninowym.

    Aleale, to nie koniec milowych kroków w moim jakże obfitującym w nowości życiu – jak już się podzieliłam z blogiem, jestem zakochana w swoim ipodzie. Wiadomo jak to jest, niby małe urządzenie, ale jak coś jest umiejętnie wykreowane to ludzie się cieszą do tego jak głupi. Tak też i ja. Do rzeczy więc, mój ipod w okresie który spędziliśmy razem otrzymał już ode mnie rzeszę prezentów. Trzy silikony w różnych kolorach, uchwyt na rękę, pasek na szyję, pokrowiec crystal case, transmiter do radia samochodowego, folijki na erkanik i tak dalej. Nawet ma swoją ściereczkę. Ale w moje imieniny otrzymał coś co przerosło jego oczekiwania, i teraz ma swój własny domek dzięki któremu ja się budzę przy dźwiękach moich mp3, nie zaś przy akompaniamencie wątpliwie łądnego tralala z telefonu. a kiedy już łaskawie otworze oczy, ipod mnie pyta czy jeszcze drzemka czy jednak już zdecydowałam się wstać jak przyzwoity człowiek. A wiadomo że dobry początek dnia jest najważniejszy. 

    Tak więc moje życie zostało podrasowane, czuję się dopieszczona i tak dalej. Takie pimp my life.

    Z innej beczki. Jako że staram się opanować pisanie o niczym istotnym do mistrzostwa, teraz poświęcę kilka chwil jedzeniu z namaste. Ostatnio wróciła mi na nie ochota (zupełnie odwrotnie niż na filmy) i trzy bodajże dni pod rząd cały czas katuję butter chicken. Bobry kurczak. Coś pozmieniali z tym butterem, nie ma teraz w środku tego dziwnego sera (który jak się okazało nie był tofu), ale smak jest lepszy. To znaczy ser można sobie domówić, ale wtedy smak jest z powrotem gorszy. Poza tym widziałam w NI worek ryżu z napisem bollywood gdzie niechybnie ukryta była płyta z jakimś dobrodziejstwem.

    Poza tym sesja. Z małym poślizgiem bo miałam pewien tyci tyci problem, ale się zaczęła i to podwójnie. Jedno już mam na czteryplus z czapy po zaledwie jednej nieprzespanej nocy więc humor mam wesoły i beztroski. Tryskałabym energią też, ale niestety nie mogę zasnąć i to jakby jednak przeszkadza. 

    Zauważyłam że z wiekiem mam coraz większe wymagania w stosunku do ludzi którzy mnie otaczają. Jak byłam mała to do zaprzyjaźnienia się potrzebowałam całkiem niewiele, ot kilka wspólnych tematów, jakaś nić porozumienia. I wtedy zawarte przyjaźnie (nawet jeszcze w liceum) przetrwały, pułap akceptowania pewnych zachowań pozostał na takim poziomie na jakim był kiedyś. Ale nowe osoby…sama nie wiem. Coś w tym jest że z wiekiem coraz trudniej, ludzie są coraz konkretniej ukształtowani, ciężej obojętnie się odnieść do niektórych zachowań, więcej drażni. Ale to tylko czubek góry lodowej mojej obsesji na punkcie starzenia się. Chociaż może szczęśliwszym słowej byłoby dorastania (dorosłowienia?). Tego typu myśli nawiedzają mnie konsekwentnie codziennie, zmieniają się tylko dziedziny życia. Wieczorem mam już taki arsenał przygważdżających spostrzeżeń że turlam się po łóżku i przed oczami mam czarną dziurę. Ja nie mam nic przeciwko starzeniu się, fajnie jest przechodzić kolejne etapy, tylko czemu mój mózg wydziwia i nie chce się z tym faktem pogodzić, ciągle słyszę w głowie echo rzeczy których już nie mogę zrobić, na które minął już czas, na które już nie będzie okazji. Chyba nieco za wcześnie na kryzys wieku średniego. Dla równowagi Kub ma zupełnie odwrotnie i wciąż mu się wydaje że jest młody (i piękny pf). Akurat u niego to jeszcze zrozumiałe, prawie wszyscy jego koledzy są od niego starsi. No ale ja…do tego zdrowie mi się systemtycznie sypie coraz bardziej. Dawać te łopate do cholery.

    Dostałam niby dwie oferty pracy. Jedna b. dobre pieniądze, ale mega stres i duża odpowiedzialność, druga średnie pieniądze ale dość sympatycznie. Niestety obie na full etat, z całą pracową otoczką i nadgodzinami jak mniemam. Swoją drogą do czego to doszło żeby oferty pracy same do człowieka przychodziły. Nie wiem czy ja jestem jakimś znowu wyjątkowo wartościowym pracownikiem, nie sądzę, ale zawsze miło. W każdym razie perspektywa kusi. I bujam się z dylematem, z jednej strony chcę, a z drugiej…musiałabym przejść na zaoczną architekturę co nie bardzo mi się uśmiecha, europeistykę robić wieczorowo, do tego rodzice są wybitnie przeciwko, jakby mogli to chyba by mnie zabili telepatycznie. Nie wiem już nie wiem. I jak ja mam spać.
     
    Na pocieszenie w morzu problemów mam za to perspektywę całkiem rychłego wyjazdu do portugalii. Wyglądało to mniej więcej tak że ja chciałam zabrać Kubę na romantyczny weekend do Paryża, i w prezencie walentynkowo-rocznicowym kupić nam bilety na samolot, a wyszło na to że całkiem regularnie zaplanowaliśmy uroczy tygodniowy wypad do lizbony co powinno nauczyć mnie by zawsze się konsultować w takich sprawach bo można wyjść na tym znacznie ciekawiej. Tako więc 20 lutego mamy samolot linii iberia (które ponoć podczas międzylądowania w madrycie gubią bagaż), i wracamy dopiero 27, ja z lotniska chyba prosto na uczelnie. Oby tylko nie padało (prognoza mówi że 16 stopni i pada). Ale nieważne, jesli będzie tak ładnie jak na zdjęciach:


    To się piszę nawet w deszcz.
    Poza tym jestem przeogromna fanką portugalskiego. mój najulubieńszy język na świecie.

    jak widać muszę coś walić palcami. w klawiature w sumie i tak najrozsądniej. No więc będę często pisać notki.

    W punktach, bo śpiąca jestem.

    1. okazało się że nurt muzyczny którego słucham, nie tylko oczywiście, nazywa się trip hop. wcześniej bym nie wpadła że on się jakoś nazywa w ogóle. I że to w ogóle jest jeden nurt. Grono uczy. No i do tego trip hopu zaliczamy na ten przykład Massive attack, Portishead, Hooverphonic. I takie tam inne, ale ich nie słucham. Jednakże teraz jak już wiem, to może zacznę. W każdym razie dla mnie niepokojący jest fakt, że nazwa trip hop jest niebezpiecznie blisko nazwy hip hop. Jest to dobra baza wyjściowa dla dalszych rozważań, w wolnej chwili postaram się to zbadać.

    2. 30 stycznia będzie 6 lat jek się zobaczyliśmy z K pierwszy raz. Trochę kosmos. Biorąc pod uwagę że mamy po 22 lata, to z prostego rachunku (chwilunia, kalkulator) wynika że prawie 30%, czyli ponad 1/4 dotychczasowego życia spędziłam na inwestowaniu swojego potencjału ludzkiego w jeden fundusz inwestycyjny wysokiego ryzyka. Kosmos. Nie wiem czemu ludzie tak do tego dążą. 17 lutego natomiast minie dokładnie 6 lat odkąd ze sobą jesteśmy w sensie jako para. Szukam prezentu, coś spektakularnego byłoby najwłaściwsze. Być może pójdę w ślady swojej siostry ciotecznej która by ratować podupadający związek zakupiła wycieczkę niespodziankę last minute do szarmelszejku na RANO następnego dnia z wylotem z KATOWIC, podczas gdy oblubieniec jest radcą prawnym. Kosmos, ale pozytywny. Tylko nie wiem czy oblubieniec nie zszedł na zawał na ten przykład po oświadczeniu że już zapłacone wszystko. Ja już wiem co chcę dostać. Może być z diamentem najmniejszego karatu, i tak nie zauważę różnicy.

    3. Jutro na 8 rano (czyli za 2 godziny) muszę skończyć martwą naturę w kredce (zielonej) butelka-butelka-butelka-baniak-garnek-sześcian-garnek-prostopadłościan, światło z prawej. Mam baniak. Odwiedziła mnie wczoraj mama, dumnie pokazałm je mój samowar który rysowałam 5,5h. Podobno jest płaski. Poczułam się mniej więcej tak jak w ostatniej grupie przedszkola, kiedy po tym jak nawrzeszczałam na moją mamę rano przy wstawaniu, narysowałam jej konika na łące i dałam jak po mnie przyszła, a ona porwała moje dzieło. Chociaż teraz jak tak sobie to przypominam, to chyba nawrzeszczałam jej że jej nie kocham i chcę mieszkać z babcią, co jakby zmienią wymowę całej sytuacji. Ale na krytykę samowaru nie zasłużyłam, ot co.

    4. Będę się bierzmować. Rychło w czas, no wiem, ja zawsze jestem sto lat za murzynami (paskudna rasistowska odzywka). Nie mam jednakowoż wyboru zbyt wielkiego jeśli nie chcę oddać mojej kochanej malutkiej siostrzenicy w hipotetyczne ręcę sekciarskiego opus dei. Rozważam 3 imiona, z racji faktu że nie mogę się przemianować na Luanę, w grę wchodzi Emilia, Amelia i Zuzanna. Nic na to nie poradze że moje ulubione imiona akurat są aktualnie na topie i wszyscy się tak nazywają. Któreś z nich jest najlepsze? Niestety mój związek z kościołem jest dyplomatycznie mówiąc kruchy, tak więc (mimo że zadałam sobie ten trud i przeczytałam notki o życiorysach świętych) nie jestem w stanie podjąc decyzji tylko i wyłącznie na tejże podstawie. Propozycje i rady mile widziane.

    Idę robić tę martwą naturę ze szkłem.

    może jakiś fajniejszy będzie, mniej wyboisty z większą ilością humoru. Nie wiem, nie wiem doprawdy. Niby mam takie jedno postanowienie noworoczne, bardzo trudne zresztą. Objawiło się ono w nocy, konkretnie pomiędzy 4 a 5, gdy zbudziłam się po jednym śnie, ale wciąż jeszcze miałam przed sobą drugi. Pierwszy był o lampie witrażowej która wydzielała trujące gazy. I ta lampa była przedmiotem sporu w pewnej ziemiańskiej rodzinie. Nieważne zresztą i tak nie umiałabym oddać mnogości zawiłości jakie się wokół tej lampy były narosły. Może powiem że lampa była fioletowa, to powinno przybliżyć sytuację na tyle by nie odczuwać potrzeby poznania większej ilości szczegółów. Ale do rzeczy, obudziłam się więc pomiędzy 4 a 5, nieco zmęczona tematem lampy który przyznam był średnio fascynujący i jestem pewna że obudziłam się tylko w tym celu by nie umrzeć z nudów przez sen. Nadchodzące godziny pokazały że jeszcze będę tęsknić za lampą. Obudzona i znudzona poszłam do komputera aby się rozerwać i powolnym acz jednostajnym ruchem myszki zaczęłam przeszukiwac swoje muzyczne zasoby. No i prosz, trafiłam. W samo smutne sedno. Katalog z piosenkami których słuchałam kilka lat temu i przestałam. To zmusiło mnie do refleksji, w środku nocy nie potrzeba wiele by oddać się refleksjom szczerze mówiąc. Rzeczona refleksja doprowadziła mnie do wyjątkowo niewygodnych wniosków, a mianowicie okazało się że tamtej poprzedniej dorotki która miała różową koszulkę w różne rodzaje czekoladowych ciasteczek (znaczy nadal ją posiadam, ale nie mogę jej nosić z powodu prozaicznego – nie mieszczę się i powodu emocjonalnego – nie identyfikuję się z jej wymową), tej dorotki co łaziła po nowym świecie od lokalu do lokalu, tylko po to żeby sobie pooglądać ludzi pijących kawę, tej co uczyła się francuskiego i stwierdziała naprzemiennie że idzie jej świetnie oraz że idzie jej fatalnie (tej obecnej w ogóle wszystko zwisa i powiewa), tej co umiała cieszyć się że słoneczko świeci przez wiosenne listki i tego typu sentymentalne bzdety ją uszczęśliwiały. Poszła won, zastąpiła ją cyniczna złośliwa istota z wiecznie skwaszonym frontem lub bardzo ale to bardzo fałszywym uśmiechem łagodnej gąski zależnie od okazji. Tak, batożę się z okazji nowego roku. Wiek nastoletniego buntu już minął, więc to chyba już dorosłość po prostu. Trochę za wcześnie jak na mój gust, naiwność jest w cenie, noworocznie postanawiam wyzbyć się obecnej doroty (właśnie, kolejna cecha obecnej, przestało jej przeszkadzać brzmienie jej własnego imienia, to już definitywny kanał). heloł, dorotko, wróć. A, zapomniałabym. Dawna dorotka na pytanie co u ciebie, odpowiadała, „fajnie” (ulubione słowo, które zawiera w sobie cały wszechświat możliwej gradacji intensywności pozytywnych odczuć), teraźniejsza dorota mówi – „po staremu, raczej gorzej niż lepiej”. Żeby podsumować – noworocznie pozbywam się tej zołzy i wywłoki która mi zatruwa krew. papa (wizualizacja mnie spadającej z mostu gdańskiego na zamarzniętą powierzchnię Wisły, przebijającej lód i ginącej raz na zawsze w śmierdzących odmętach) Tam gdzie jej miejsce, ot co. Brrr, już widzę pierwsze efekty tej parszywej przemiany, tym bardziej – akurat to noworoczne postanowienie nie może pozostać jedynie w sferze postanowień :] dlatego dzisiaj podśpiewuję sobie z redhotami „highest ground”
     i odgrzebuję wszelkie pozostałości po dawnej mnie. Przy okazji odgrzebałam też kilka wspomnień, kilka kontaktów i kilka zainteresowań które skazane były na śmierć naturalną. Tak sobie myślę że najtrudniejsza zmiana zaszła jednak w środku mojej głowy i że tak łatwo i przyjemnie nie da się tego odwrócić. Ale W OGÓLE chyba się da? change or die tryin’ że tak swojsko zakrzyknę. Ładne motto na nowy rok. Dobra, ale ja tu jakąś domorosłą psychologię czynię, a miałam jeszcze przecież powiedzieć o tym drugim śnie co zmienił mój stosunek do fioletowej lampy witrażowej wydzielającej trujące gazy. No więc śniło mi się że Jakub, ten wiecie, co ze mną mieszka i niby bardzo lubi, bezpardonowo zapłodnił jakąś 16latkę. Rzeczona powyżej trafiła do nas do domu i zaczęła mnie pod nieobecność Jakuba przekonywać o bezdyskusyjnym ojcostwie. We łzach dodam. No więc Jakub zastał nas na kanapie, przy czym ja przytulałam nieutuloną w żalu dziewczynę. Po potwierdzeniu (zaznaczam że bezczelnym i bezwstydnym) tej informacji przez złego samca, zostałam wyznaczona do opieki nad dziewczyną do czasu porodu. I tu jakby nastąpił wybuch wkurwu, Jakub został pobity (choć właściwsze byłoby zmasakrowany) butelką (ze zbitym gwintem), a następnie kijem do krykieta. Nie wiem skąd taki miałam, we snach chyba tak można sobie wymyśleć narzędzie zbrodni i mówisz-masz. Bardzo ciężko ranny Jakub podpisał scedowanie mieszkania na moją osobę wyłącznie. Ale wciąż był bezczelny. Mniej więcej wtedy obudziłam się, a tu przyczyna mojej frustracji nocnej leży sobie najspokojniej i śpi obok. Gdybym nie była tak szalenie dorosła jaka jestem obecnie, być może zareagowałabym mniej więcej tak jak kilka lat temu gdy przyśniła mi się bardzo wulgarna scenka w której brał udział Jakub oraz gabriela kownacka. prosze nie zastanawiać się specjalnie nad tym i nie wizualizować. No ale teraz jestem mądrzejsza i żądza mordu w oczach minęła jak ręką odjął gdy przypomniałam sobie jaki Kub był fajowy w święta. Tak czy siak, wesoły poranek poszedł się jebać (wulgaryzm, nie powtarzać). Chyba wszyscy rozumieją wyższość fioletowej lampy. Jak już wspomniałam o świętach, to pochwalę się moim nowym najlepszym przyjecielem (rodzaj męski, żeński odpowiednik jest zajęty przez osobę całkiem z krwi i kości a nie podzespołów i anodyzowanego aluminium). Oto on:


    Ipod, sej heloł tu ewrybady…dont bi szaj. Moj nowy najlepszy przyjaciel oznacza 8 gb indyjskich teledysków zawsze przy sobie, tudzież całe filmy oglądane na wykładach (nawet napisy wyświetla). W ogóle robi mnóstwo fajnych rzeczy, ale nie będę go zawstydzać publicznie bo jest to wyjątkowo nieśmiały ipod. Sęk w tym że do takich słodkich kochanych herbatnikowych ipodów robią mnóstwo słodkich kochanych gadżetów. Nie wiem jak inni sobie z tym problemem radzą, ale ja cierpię.

    Na zakończenie noworocznej notki o noworocznym postanowieniu, noworoczne zdjęcie ulubionej siostrzeniczki oraz siostry w charakterze stojaka na bobasa.

    Najpierw poszłam po całości i spożyłam cztery  banknoty po 200! euro (mogłam zostawić na prezenty, ale natura zwyciężyła), potem już tylko się pocieszałam kolejnymi monetkami (moneta 1 eurowa ma wielkośc mojej głowy normalnie, przysięgam, ale za to 5 centów już co najwyżej wielkości dużego palca u stopy). czuję że czekolada wyjdzie mi zaraz uszami,i nie jestem w stanie wyjaśnić dlaczego to zrobiłam bo nie lubię czekolady. o tworach czekoladopodobnych z których owa kwota była na moje nieszczęście odlana nie wspomnę… prawdopodobnie zadziałało tu jakieś natręctwo, na przykład że nie mogę przejść obojętnie obok pieniędzy, albo że muszę wszystko zawsze sprzątnąć z biurka a to mi się walało. nie wiem nie wiem. fakt faktem, pieniądze poooszły. a to był prezent od teściowej (może to była jakaś sugestia? no doprawdy…). W każdym jadnakże razie to było gwoli wstępu, teraz część właściwa.

    Ostatni mój wpis na blogu jakoś tak abstrakcyjnie dawno miał miejsce :D
    w międzyczasie zdążyłam:
     
    -> zacząć drugie studia: architekture wnętrz. kreślę i rysuję, rzeźbię i modeluję. ostatnio robię mozaikę kij wie po co. że niby taki kafelek, jakbym miała ochote czasem zatrudnić się w opocznie czy innym paradyżu. oprócz tego usiłuję wchłonąć jakiś trylion informacji o materiałach budowalnych, lub też prawie budowlanym (które zmienia się co miesiąc), a w wolnym czasie przerzucam sobie palutkiem notatki z psychofizjologii widzenia (snobistyczna nazwa, a jakże, w praktyce chodzi o to jakie kolory z czym i że jak się projektuje wnętrze samolotu to trzeba pamiętać gdzie ludzie mają oczy). na stare lata przyszło mi więc z powrotem na plastykę uczęszczać. może jakieś talenta odkryję, hu nołs.

    -> zakochać się (to akurat niedawno, ale jakże silnie, namiętnie i prawdziwie) :)

    Allu Arjun, lat 24, witamy na moim blogu, witamy :D jeśli usłyszycie przypadkiem z brukowej prasy że jakaś gotowa na wszystko uciekinierka z polski podstępem zmusiła indyjskiego aktora do ożenku, to z pewnością będę to ja, możecie nawet nie sprawdzać, już na zapas informuję. Kuban nie może się z faktem pogodzić i dzielnie bojkotuje. W skrajnych chwilach zwątpienia mówi że nie rozumie. Na wszelki wypadek sprawdziłam, ale uf, jest wyższy ode mnie. Chyba czas powiadomić rodziców :] zakładam że umrą za szczęścia.

    Allu Arjun, lat 24. dzieńdobry

     

    -> pojechać na wakacje przez 4 kraje i wrócić. O Budapeszcie który ostatnio widziałam w wieku lat 4 mogę powiedzieć że jest odwrotnie proporcjonalnie ładny do dyskusyjnie dźwięcznego języka węgierskiego. Gdyby nie to nieprzyswajalne narzecze którym się posługują już bym się przeprowadzała. Parlament. Wyczes. Od strony rzeki wygląda jeszcze bardziej nadźganie (znaczy piękniej oczywiście).

     
    Spędzić noc w zamku w Niedzicy (straszyło i nie było prądu, ubaw po pachy). Przeczytaliśmy z K całą książkę legend o tym przybytku a następnie rozkosznie świadomi duchów udaliśy się na spoczynek. W nocy była burza i wysiadł prąd (podczas gdy ja czytałam o brunhildzie która rzuciła się do studi i nadal jęczy z tego powodu, a także innych przemiłych samobójcach którzy się krwawo zapisali na kartach zamkowej historii), ja robiłam po nogach delikatnie rzecz ujmując, a K poszedł robić zdjęcia oczywiście, cóż innego mógłby wymyśleć. mówię wam no byczo było. by-czo.

     

    Zwiedzaliśmy też wytrwale wszelkie lochy.

    Odwiedzić Murzasichle które kocham szalenie, jako dziecko jeździłam tam w celach religijnych. A jaka cisza :] i spokój :] i zapach nawozu :] i w ogóle jak pysznie, uwielbiam to miejsce. poniżej widok z pokoju na ge-wont. okno fikuśne szkoda że się nie otwierało zanadto. W nocy obejrzeliśmy sobie odcinek z archiwum x o śmiercionośnych robakach w dżungli amazońskiej. ależ mi się wspaniale spało potem…bajecznie. 

    Spotkać Krisha i Aarti w zakopanem i zjeść w aamirowej restauracji gdzie regularnie atakowała nas sztuczna trawa. Wyobraźcie sobie że oni autentycznie chodzili po górach! niesamowite. pierogi mniam, oscypek pieczony z żurawiną lepszy na krupówkach.

    zmusić K do zwiedzania wieliczki bo nigdy nie był. ja z oczywistych solnych powodów jestem fanką. lizałam ukradkiem ściany, dopóki K mi nie uświadomił że tysiące osób po tym jeździ rękami. Ale początkowo wydawało mi się że jestem w raju.

    oczywiście wycieczka składała się z wielu innych atrakcji które były atrakcjami w trakcie jej trwania, teraz natomiast mogłyby jedynie zanudzić ewentualnego czytającego więc daję już spokój.

    Nie twierdzę absolutnie, mimo że wakacje były przednie i obfitujące w przygody, że nie wolałabym oddawać się dogłębnemu, nastawionemu li i jedynie na odkrycia naukowe, eksplorowaniu starożytnych cywilizacji, w czym notabene jestem niezastąpiona:

    czy też podziwianiu cudów natury:

    lub tez beztroskiemu plażowaniu i lataniu na paralotni

    ale nie mogłam gdyż JEDNAK NIE WYROBIŁAM SOBIE PASZPORTU (w poprzedniej stuletniej notce pisałam że bodajże udaję się go raz dwa wyrobić. no więc nie wyrobiłam). Nie wiem czemu, nie pytajcie. Z pewnością miałam jakiś powód którego teraz nie pamiętam.

    aha, no i odnalazłam jak widać PO RAZ KOLEJNY ZAGINIONE zdjęcia z Turcji. te bardziej bezecne też

    chociaż to akurat nie jest zbyt bezecne. Ale bezecne też się znalazły, naprawdę :]

    Aha, no to o czym ja mówiłam, a tak, o tym co też u mnie się działo ostatnimi czasy.

    -> zdążyłam powrócić do nauki arabskiego i niemieckiego. Nawet owocnie.

    -> rozregulować sobie tryb spania/działania. Śpię przeciętnie w godzinach 8-14, ale tylko co dwa dni. Średnia nieszczególna, ale jeszcze daję radę. 

    -> poznać nowych znajomych na obu kierunkach studiów, wszyscy młodsi. nabawić się kompleksu starości, ale dzięki temu mam pozycję mędrca w stadzie. Wygląda to mniej więcej tak że dziewczęta imieniem Pati czy inne Kejti, używające tak zacnych słów jak Koffam lub krejzolki (poważnie) udają się do mnie po życiową poradę. Udzielam, ale najpierw robię mądrą minę i sięgam głęboko pamięcią w swe bogate życiowe doświadczenie, średnio o dwa lata dłuższe.

    -> odchowac kota (jest ogromny), nazwać kota (Tadeusz), uczłowieczyć kota na tyle że sypia tylko na plecach, je jedynie z własnej łapki i pije tylko z kubka (że niby z miski to jakieś zwierzaki tylko piją).

    -> obejrzec jakieś dzikie mnóstwo filmów i stwierdzić że znacznie bardziej od północy wolę południe indii. chyba dałam się porwać tłumowi i ostatniej tendencji, bo z tego co widzę to większość czuje podobnie :]

    -> wzbogacić się o prawdziwą szafę na ubrania. (po roku).

    -> odwiedzić milion lekarzy, spotkać lekarke idealną, a następnie dowiedzieć się że odchodzi na macieżyński. Jestem w fazie ponownych poszukiwań gdyż jestem przypadkiem szczególnym i wyjątkowym i zasługuję na wyjątkowego lekarza :D dowartościowanie pozytywne.

    dobra, w każdym razie nadal żyję. trochę gorzej, ale nadal.

    zmieniając temat, czy Wy też się tak niesamowicie cieszycie na święta? bo ja dosłownie wychodzę z siebie. szukam ozdób na choinke i stawiam świeczki po domu. najchętniej to w ogóle już choinkę idę wyrąbac do lasu i odziać kubę w sztuczną brodę. ho ho ho. za oknem żeby jechała taka wiecie, ciężarówka coca coli itp. uwielbiam święta no. w tym roku będzie szczególnie świetnie, bo mamy w rodzinie po raz pierwszy (od czasu mnie) bobasa :D bobaska już troche siada, uśmiecha się do wszystkiego (najbardziej do plakatu szaruka który został w moim starym pokoju u rodziców), w ogóle jest straszliwie fajna, w następnej notce zaaplikuję jakieś zdjęcie. Jej hobby to telewizja i jedzenie, w czym mimo młodego wieku nie odstaje zbytnio od reszty społeczeństwa. niestety nie może ani jednego ani drugiego kultywowac w pełni, gdyż moja siostra okazała się bezwzględnym tyranem i daje jej jeść tylko jak ta prawie przymiera głodem, o telewizji nie wspominając. Życie nie jest sprawiedliwe, ale na szczęście dla równowagi los obdarzył ją wspaniałą ciocią. Ciocia ma niecny plan zbałamucenia dziecka bollywoodem, ale jak narazie czujne oko i ucho wyrodnej matki nie pozwala planu zrealizować.

    Dobra, to ja lecę na wykłady :D (historia architektury, ekologia, podstawy projektowania, geometria wykreślna). A wieczorem międzynarodowe prawo publiczne i regionalizmy współczesnej europy. aaaaa, za dużo teeegoooo *wali sie w głowę lampką nocną, bo jest tak przyjemnie kiedy przestaje*

    allu zamykający notkę: (nie mogę się powstrzymać)

    mnie ostatnio zaatakował. Budząc się dziś rankiem (o 9, udało mi sie wreszcie nauczyć swój organizm spania o 24) w pełnym uśmiechu i z czystymi włosami (podstawowy element szczęścia w moim przypadku), wyskoczyłam rączo spod kołdry i postawiłam stopy ze świeżo-pomalowanymi paznokciami na puszystym dywaniku. Żyć nie umierać. Następnie udałam się do kuchni w celu herbacianym, podśpiewując sobie pod nosem la vie en rose. Następnie czekając aż zagotuje się woda przeciągnęłam się uśmiechnięta do świata za oknem i podrapałam kota po futrze. Potem wypiłam pyszną herbatę, wyjęłam orzechowe lody i puściłam sobie Śniadanie u Tiffaniego. Generalnie nie ma nic lepszego na dobry początek dnia niż Audrey Hepburn i George Peppard oraz ich rudy kot. Jako dziecko zawsze chciałam być jak Audrey (no może nie aż tak chuda, aczkolwiek teraz chętnie bym przemyślała taką opcję), i dzisiaj właśnie uderzyło mnie że widocznie jako dzieciak miałam jakiś pomylony instynkt samozachowawczy, żeby pragnąć mieć problemy z tożsamością oraz zarabiać jako call-girl i mieć kanapę z wydrążonej wanny. Jakkolwiek przeurocza by Audrey nie była, to ja dziękuję najmocniej. NO, MOŻE bym przemyślała kwestię George’a Pepparda u mojego boku (to z pewnością z powodu jego fryzury – gdyby to zależało ode mnie WSZYSCY mężczyźn nosili by takie fryzury jak w filmach z lat 60-tych), choć odkąd Kuba mi uświadomił że to ten sam człowiek który grał w NASZYCH czasach w drużynie A jako Hannibal, jego postać wiele straciła ze swojego pierwotnego uroku.

    173402.jpg

    No ale oczy miał piękne. A Audrey miała najlepsze fryzury świata (oraz kapelusze). Własciwie nie wiem który raz widziałam ten film, ale prawdopodobnie przekroczyłam już zdrowy próg „15 razy” i weszłam w niepokojące „około 20″).

    Po tym wspaniałym początku, nie mogło być już lepiej prawda, no więc niestety zaczło się robić gorzej. Najpierw mojemu kochanemu kotkowi cos odpierdzieliło. Delikatnie mówiąc. Zaczął mnie gryźć. I nie takie tam delikatne – hoho jestesmy zabawnym kociątkiem i gryziemy sobie uroczo. No więc nie. Ujmę to tak – czułam się jak kawałek mięsa w klatce z lwami tóre nei jadły od miesiąca. I są okresie rozpłodowym czy coś. Prawdopodobnie była to zemsta za to że nie dałam mu lodów. Oczywiście Kuba mi nie wierzy jak mówię mu że ten kot jest wyjątkowo przenikliwy i robi wszystko z rozmysłem. No cóż. W każdym razie trochę mnie to zbiło z tropu, bo w końcu kotas jest u nas już 3 miesiące prawie i dotąd raczej nie zdradzał oznak wampiryzu. Zamknęłam więc go w sypialni żeby ochłonął, a sama zaliczając spadek natroju udałam się do kuchni w celu zmywania. Właściwie potem było już tylko gorzej i nie czuję się na siłach opisywac. Grunt że ok godziny 14 chcąc zabrać się za robotę byłam w wyjątkowo podłym nastroju ( W CZYM NIE POMAGAŁ I NADAL NIE POMAGA MI DŹWIĘK JAKIEGOS PARSZYWEGO URZĄDZENIA W RĘKACH PRZEKLINAJĄCEGO ROBOTNIKA KTÓRY ZWIESZA MI SIĘ WŁAŚNIE PRZEZ OKNO JAKIEJŚ PLATFORMIE I WIERCI W STYROPIANIE). No cóż, jak widać wszelkie znaki na niebie i ziemi chcą abym jednak zaniechała dzisiaj czynnności zarobkowych i oddała się jakiejś pryjemnej, relaksującej rozrywce, na przykład gowaniu czegoś z książki Nigelli (ciągle nie moge się zdobyć na zrobienie szynki pieczonej w coca coli), lub też pospolitemu leżeniu na kanapie i oglądaniu kolejnego filmu z Audrey Hepburn (mogą być Rzymskie Wakacje choć się źle kończą). A być może jedno i drugie. Kot niby się ustabilizował. Podejrzewam że zjadł kilka pierniczków które nieopatrznie zostawiliśmy wczoraj z kuba na stoliku przy kanapie (nie wiem gdzie są) i dostał jakiegoś szoku glukozowego, nie widzę innego rozwiązania.

    Poza tym przedwczoraj (jadąc na fali literkowego zawrotu głowy, znowu jestem nałogowcem) przeczytałam książkę zwącą się The Learning Curve, naprawdę zabawną, ciepłą i straszliwie wciągającą historię kilkorga ludzi którym życie chce pokazać kilka innych swoich aspektów. Verinajs. Cały sęk w tym że zanim wziełam się za samą książkę (a książki tej autorki zawsze zaczynam czytać jak krew z nosa, a już po parunastu stronach mam na twarzy wypieki), przeczytałam sobie dedykację (a byłam w bardzo podłym nastroju i chciałam go sobie uprzyjemnić zabawną opowiastką) i był to ewidentny błąd, bo autorka napisała je ze świadomością że niedługo umrze na raka i zostawi swego męża i małego synka. Uh. Trochę nie mogłam się otrząsnąć i musiałam odłożyć samą książkę na parę godzin. Jak ktoś wygląda tak:

    Melissa-Nathan170.jpg

    czyli wyjąkowo pociesznie, i do tego pisze wyjątkowo zabawne, trafne życiowo książki nie ma prawa ot tak sobie umierać (nie to żeby inne osoby w wieku 37 lat powinny żegnać się z życiem). O ile nad samą książką nie ma się co rozwodzić,to typowy uprzyjemniacz czasu z miłym morałem, o tyle jest w niej fantastyczna postać dyrektorki szkoły, która ma prawdziwego hopla na punkcie układania puzzli i każe je układać każdemu nauczycielowi czy uczniowi który ma szczęście gościc w jej gabinecie :) przepiękna postać drugoplanowa, smaczek całej książki :). Dobrze że tak długo ociągałam się z przeczytaniem The Waitress tej autorki, przynajmniej trochę dobrego mi jeszcze zostało na później :) Aha – gdyby ktoś miał idiotyczny pomysł przeczytania szajsowatego polskiego tłumaczenia tych książek, to odradzam całym swoim jestestwem, tak fajnej narracji po prostu nie można oddać po polsku :). Każdy języka ma jednak tę swoją specyficzną specyfikę.

    Poza tym musze pochwalić się Kubą, który zmienił się z „to może jakiś fachowiec wbije nam ten gwóźdź”, na „ależ sam zamontuję i podłącze ten okap, rano, przed pracą”. No i naprawdę sam zamontował. Może nie przed praca, ale generalnie trwało to relatywnie krótko. Veriprałd :) może nawet będą z niego ludzie.

    Nie wyrobiłam sobie paszportu. Jestem ostatnim czubem i powinno się mnie pokazywać w cyrku. Naprawdę, jestem sobą głęboko zniesmaczona. prawdopodobnie będzie to first thing tommorrow do zrobienia, tyle że wymaga to przemieszczenia się w trzy różne miejsca a ja mam nieco uszkodzoną stopę (takie tam). No ale jakby trzeba mieć pewne priorytety.

    Poszliśmy do Saturna kupić mini wieżę do sypialni i blender za 100zł, ale wszystkie były brzydkie więc udaliśmy się w stronę filmów i muzyki. Pech chciał że po drodze była promocja. No więc tak sobie zażartowałam hahaha „zobacz Kubu to się opłaca może sobie kupimy”. No i własnie Kubu odżartował mi że „no jak zrezygnujemy z tego blendera to możemy wziąć ;]”. No właśnie i skończylismy wychodząc ze sklepu z dość kontrowersyjnie potrzebnym nabytkiem. Trochę to było niemądre i w ogóle gdyby mój tata to zobaczył… (stały żart dla zorientowanych – za każdym razem jak kupujemy najdroższe masło lub coś w tym stylu Kuba mówi że dobrze że twój tata tego nie widzi). No więc mój tata tego nie widział, a my w przypływie chwilowego szaleństwa oraz amnezji że nie mamy pieniędzy kupiliśmy TO:

    Xbox360PremiumCompleteBox1.jpg

    A ponieważ kupowanie w przypływie szaleństwa należy do rzeczy dla których warto żyć, więc teraz nawet nie możemy być na siebie źli :) znaczy się całkiem jesteśmy zadowoleni, nie powiem :) (prosze zauważyć że w takiej chwili szaleństwa człowiek może kupić WSZYSTKO więc generalnie nie jest z nami jeszcze tak tragicznie, mogliśmy na przykład kupić drugi piekarnik, albo pralkę, zapominając że jedne już mamy. Więc zawsze mogło być gorzej :) )

    No i teraz gramy nałogowo w TO:

    Forza2.jpg&usg=AFQjCNH4hza1jV50J26oOS4r7

    (Kuba zwykle wygrywa bo ma lepsza przyczepność na zakrętach). Ja miałam takiego PIĘKNEGO Bentleya

    16-bentley-continental-gt.jpg

    i od razu go TOTALNIE zmiażdżyłam na murze (jakies 10 sekund po starcie). Od tamtej pory jeżdże Mini Cooperem pomalowanym w gwiazdki i tak sobie myślę że Ci komputerowi przeciwnicy muszą się ze mnie nieludzko śmiać (albo śmiliby się gdyby tylko mogli). Ale mam ich w dupie generalnie dopóki widzą tylko piasek za moimi kołami a ja mknę sobie rączo moją strzałą przy dźwiękach TEJ piosenki (część soundtracku z gry).

    Chociaż szczerze powiedziawszy wolałabym grać w to:

    Viva_Pinata_Roundtable_Image_1.jpg

    (bo występują tu papierowe zwierzątka), lub też w jakąś konkretna nawalenkę spod znaku mortal kombat (niestety nie ma jeszcze na xboxa) :D z ogromnym rozlewem krwi (mimo że uwielbiam wyścigi samochodowe). Dobra, wydało się chyba, jestem maniakiem gier. Ale to w żadnym razie nie oddziałuje na moją wspaniałą osobowość, zaręczam :)

    Podsumowując – mamy teraz z K trochę radochy :D (radocha nieco przechodzi z uświadomieniem sobie że prawie każda gra na xboxa kosztuje ponad 200zł). No cóż no, życie.

    Dobra, kończe o tej konsoli :) teraz PO PROSTU MUSZĘ zamieścić tutaj dwa urocze, choć dośc neipoprawne teksty z ostatnich dni :D

    scenka nr 1:
    (szykujemy się z K do wyjścia, ale bardzo nam sie nie chce więc trochę opornie nam idzie)
    Ja właśnie w podskokach przemieszczam się w sukience z sypialni do przedpokoju, śpiewając i tańcząc do Sura Tanga z Ghilli.

    K: O, jak ładnie pachniesz.
    Ja: To mój nowy dezodorant dla nastolatek! nazywa się FUN SPIRIT!
    K: (przytula mnie), ooooo…moja nastolatka :)(po chwili) A włożyłas już majtki?
    Ja: (oburzona)Nieeee, no przecież jestem NASTOLATKĄ :D

    Scenka nr 2
    (rozmawiam przez telefon z przyjaciółką z podstawówki, Kingą, która niedawno wyszła za mąż i przeprowadziła się do Falenicy chwilowo, do swego męża. Ale nieługo mają się przeprowadzić do Warszawy z powrotem bo im sie mieszkanie buduje). Poprzedniego dnia spotkaliśmy Kingę i jej męża przelotem w Arkadii.

    Kinga: boooże, nawet nie wiesz jakie to jest straszne mieszkać tak daleko, jak mam gdzies pojechać to muszę całodzienną wyprawę robić. Czuje się jak księżniczka zamknięta w wieży. W ogóle już nie wyrabiam, ostatnio widziałam zaskrońca w łazience, a kot zjadł na moich oczach mysz. I potem musiałam sprzątać nadnercze tej myszy bo koty tego nie jadają i w ogóle juz nie rozmawiajmy o tym.
    Ja: (zmieniając temat) a jaktam Twoi rodzice, nadal tacy paskudni jak zawsze?
    Kinga: (nieczuła na zmienę tamtu) A WIESZ CO… MUSISZ MI COŚ POWIEDZIEĆ TYLKO SZCZERZE!
    Ja: mmmm, no dobrze…
    Kinga: No bo jak Aniołkowska wracała od tego swojego chłopaka z Tłuszcza to zawsze od niej tak śmierdziało wiochą!
    Ja: (nieco skonsternowana pytam nieśmiało), no…ale to chyba dlatego że on mieszkał w jakiejś zbutwiałej komórce?
    Kinga: (nienaturalnie wysokim głosem) POWIEDZ MI! czy jak nas wczoraj widzieliscie to śmierdzieliśmy Wiochą?!

    *tu nastąpił mój wybuch niekontrolowanego śmiechu*

    po czym oczywiście zapewniłam ją że jak najbardziej śmierdziała a co więcej miała na sobie niemodne buty więc jakby na nic próżny trud :].

    Później się okazało że na terenie tego domu jest basen i kort tenisowy…nie no fajna wiocha generalnie :) ja się pisze na taką wiochę (już się zreszta wprosiłam).

    Z dumą oświadczam że urodziła mi się siostrzenica :) Chociaż stwierdzenie że „sama się urodziła” jest dość mocnym niedomówieniem i w ogóle okropnym niedocenieniem poświęcenia i bólu matek rodzących. Tak więc moja siostra URODZIŁA bardzo przyjemna nową istotę która (dzisiaj już liczy sobie 5 dni) jest wyjątkowo grzeczna i zupełnie nie jak jej ciocia najdroższa, nie ma apetytu :)

    Kasia i Krzysio 3 dni przed porodem:

    kasiakrzys.jpg

    Na uwagę zasługuje też fakt że moja siostra zaczęła rodzić w Dominium pizza na Jana Pawła i pobrudziła im kanapę. Zostałam powiadomiona przez Krzysia, że zostałam wytypowana do odpracowania tej niewątpliwej straty materialnej. Ha-ha-ha, no ależ śmieszne, nie mogę, zaraz się będę tarzać. ha ha. Bo to żart był, prawda?

    Dobra, przechodze do sedna i bedę się chwalić teraz:

    oto LENKA (imię zostało wybrane przez przyszłych rodziców bez konsultacji z otoczeniem, więc wiecie…ja tam chciałam żeby była Zuzia. Aczkolwiek już się przyzwyczaiłam i nawet zaczyna mi się podobać).

    lenka.jpg

    Jak widać dziewczyna jest już w domu :) Z tymże nie można jej odwiedzać bo państwo-rodzice wymyślili sobie że przez dwa tygodnie chcą pobyć tylko we trójkę i się sobą nacieszyć, a nie męczyć się kolejką wizyt. Tak więc widziałam ją tylko w szpitalu. Jednakowoż uważam że Kasia się złamie i wpuści CHOCIAŻ MNIE, no prosze was, ja rozumiem że można nie chceć jakiejś kuzynki brata chrześniaka babci, ale MNIE?

    Tak na zakończenie, zdjęcie mego siostra w jakiejś dziwnej roli baru mlecznego (ciągle nie mogę przywyknąć że niby ONA ma dziecko).

    karmienie.jpg

    w ogóle nie mam poparzonej ręki. Wcale mnie nie boli jak sto skurwysynów i mogę jak najbardziej ją moczyć w wodzie bez łez w oczach. Wcale. W ramach zagwostek: nie był to ogień ani płyta elektryczna. CZO TO BYŁO?
    otóż nie. nie wrzątek.
    nikt nie zgadł.Było to coś RÓŻOWEGO.
    nie, nie gorący budyń truskawkowy.

    otóż był to vanish do prania dywanów. śliczny różowiutki vanish

    bild_jpg.asp?aNr=939058001

    haha nie moge teraz zmywać naczyć bo mnie piecze, chyba wiem kto będzie musiał to robić ;]

    W ogóle moja mama będąc u mnie wczoraj powiedziała że jest dumna patrząc na mnie i widząc że jestem taka jak ona. Przyznam że zupełnie zbiło mnie to z tropu. Bo tak, moja mam mierzy wzrostu jakoś tak 158 w kapeluszu, ja natomiast udokumentowane 171, Oczy moja mamusia ukochana ma niebieskie a włos płowy, ja zaś srakowato brązowe i czuprynę ciemny brąz. Po chwili konsternacji, rodzicielka naprowadza moje myśli na inny trop mówiąc: dobrze Cię wychowałam. Na to ja już wpadam w panikę i zaczynam mieć duszności że mi podmieniono matkę i to jakas obca kobieta siedzi ma mojej kanapie i se nogą dynda jakby nigdy nic. Postawiona w stan gotowości czekam aż moje podejrzenia się potwierdzą (albo że to jakiś żart). Ale nie, dalej słyszę: ja wiedziałam ze dobrze moje córki wychowałam i zaszczepiłam w nich ducha porządku. Tu nastąpiło zwolnienie kołatania serca, które podeszło mi zresztą do gardła i wstrzymywało oddech. WIĘC O TO CHODZI.
    I tak patrzę po swoim mieszkaniu: podłoga myta rano. kiedy ja myłam poprzednio podłogę, hmmm…przedwczoraj? patrzę dalej – odkurzone. kiedy ja ostatnio odkurzałam ….hmmm…wczoraj? okna – umyte. przedwczoraj. pranie leży poprasowane w stosikach gotowe żeby włożyc je do szafy (bo najpierw trzeba przetrzeć półki szmatką bo kurz mógł osiąść. kanapa świeżo wysmarowana tym śmierdzącym środkiem do konserwacji. łazienka świezo dezynfekowana, kibel wydomestosowany. I nagle doszła do mnie ta straszliwa informacja. JESTEM MOJĄ MAMĄ. Zmienia to absolutnie moje podejście do świata i życia, straciłam punkt odniesienia i grunt pod nogami. CAŁE zycie przysięgałam sobie że NIE BĘDĘ taka jak moja mama dla której dwa kubki stojące na biurku były już bałaganem i pozywką dla robaków. BOŻE. Zawsze sobie obiecywałam że jak będę na Swoim to będę sobie rozkładać brudne talerze wręcz specjalnie po całym mieszkaniu, będę kolekcjonować
    kłęby kurzu za drzwiami i inne takie przywileje nieskrępowania i luzactwa. No i teraz właśnie, wczoraj o tej 19.40 wszystko mi legło w gruzach. Teraz już wiem że moje marzenie o życiu w szczęściu pośród śmieci różnego formatu nie wchodzi w grę. I to nie dlatego że nie mogę. Dlatego że jestem potwornie nieszczęśliwa jak wszystko nie pachnie czystością. Pozostało mi tylko pogodzić się z ta smutną prawdą i zrzucić ją na karb dorastania. Wg mojej mamy uczeń przerósł mistrza bo podobno nie potrzeba dwa razy w tygodniu nabłyszczać szmateczką każdego listeczka fikusa i prać ręczników co 3 dni. No cóż, skoro ONA chce żyć w brudzie to jej sprawa, wg mnie TRZEBA :]

    No ale wracając do mojej poszkodowanej rączki. Dzisiaj postanowiłam uprać wykładzinę w naszje sypialni bo ostatnio wylała się na nią woda z wazonu (tu minuta ciszy na wspomnienie mojego kochanego wazonu który niestety nie przeżył). No więc w instrukcji było napisane że trzeba rozcieńczyć 1/10 i następnie zrobić pianę. Tą pianę należy rozprowadzac po dywanie i robic szoru szoru a potem jak wyschnie to zebrac pozostałości odkurzaczem. No to ja robiłam szoru szoru rączkami (bo mi było wygodniej i bardziej precyzyjnie). No i wyżarło mi pół dłoni. Ale wykładzina jest czysta, alleluja. Przy okazji machnęłam też okna ale juz mi powoli ta ręka dawała znać że ma dosyć chemikaliów więc dałam sobie spokój. Najmniejszy pokój w którym stoi komputer będzie dla Kuby do sprzatania :] i balkon. przeżyje.
    W ogóle nie wiem czy ktoś ogląda, ale na tvn style leci taki program który prowadzi Anthea Turner i ona tam pokazuje ludziom jak mają sprzątać swoje domy. I ona jest normalnie moim guru! ona ma WSZYSTKO odpowiednio opisane, w koszykach, no w ogóle zawsze jestem pod wrażeniem.

    Kolejny rozdział sagi o moim jakże urzekjącym życiu kury domowej: kot.

    Jestem matką, nic tego nie zmieni. przynajmniej narazie. kota rozsypuje żwirek ale mamusia go uczy że w tym domku grzeczne kotki muszą otrzepywac łapki zanim wyjdą z kuwety (następnym etapem będzie własnołapkowe podcieranie pod ogonem, ale to później, narazie żwirek). Koto nawet jest pojętny, bo reaguje na ‚NIE WOLNO’ oraz ‚wynocha futrzaku bo się utpisz/poparzysz/wypadniesz/zostaniesz zgnieciony przez spadający na twą głowę wazon’. Imienia nadal nie posiada :) no jakoś nie umiemy go nazwać :) jak narazie cały czas do niego mówimy „dziecko”. Kuba np. dzwoni z pracy i pyta się jak dziecko dzisiaj się czuje i czy grzecznie zjadło potrawkę z łososia. Myśle że Kuba ma jakiś kompleks na tle swoich kolegów z pracy którzy zwykle posiadają już jakies potomstwo ludzkie i rozmawiają np. o sciągarkach do mleka (Kuba wraca do domu i opowiada, naprawdę nie wiem co o tym sądzić).

    Ja mam zreszta tez jakieś pobudzone hormony, ale to z pewnością przez moją siostrę która ma termin porodu niemalże na dniach i wygląda jak kwiatek na wiosne. Pech chciał że akurat mi się musiała trafić taka trefna siostra co to zwykle wygląda lepiej po wstaniu z łóżka niż ja po godzinnych staraniach. W każdym razie siostra ma rodzić lada dzień i doprawdy nie wiem jak ona to zrobi. Tzn. tak w teorii niby wiem (oglądałam przecież Salaam Namaste ;]) ale tak w praktyce to ja tego nie widzę. W ogóle się we mnie odzywają siostrzane instynkty, nie chcę żeby ją bolało i wolałabym już sama jej to dziecko urodzić, ja zawsze byłam mniej wrażliwa na ból. Aaaaaale, sama chciała :)

    Kolejna sprawa – wakacje. Powierzyłam tę sprawę lekkomyślnie umysłowi Kuby który może i pracuje dobrze kiedy trzeba zrobić zdjęcia (mały skubaniec znowu wygrał konkurs PRZEWIJAMY W DÓŁ DO ZDJĘCIA Z CYGANAMI), natomiast kiedy przychodzi do planowania, a już szczególnie planowania wakacji (tu wyleję trochę żółci, a jakże, ZAWSZE ja musze wszystko zaplanować, kiedy mieliśmy jechac po raz pierwszy na wycieczkę niezaplanowaną z biura podróży tylko samodzielnie, do Prayża, to JA musiałam z kafejki internetowej w Sopocie wyszukać najlepszy samolot i hotel, bo Kubu jakoś nie potrafił wejść na portal i wpisać. Za to jak np. ma leciec do Izraela robić zdjęcia to oczywiście wykona niemalże szkic bojowy całej operacji. Takie jest moje życie *patrzy w wyrzutem na K*). W tym roku postanowiłam mu powierzyć tę misję. Narazie nie ma rezultatów. Ale ja jestem wyrozumiała i poczekam, nie będe się złościć, nie. Jestem oazą spokoju…
    Tak osobiście to chętnie bym została zabrana na bora bora.

    Mani_01.JPG
    pr-bora-aerial.jpg

    A JEŚLI nie na na bora bora (z wielkim żalem) to może być COKOLWIEK. Byle by otoczenie się zmieniło. Ponieważ ja jestem duszą podróżnika i zdobywcy, jak mam gdzieś usiedzieć na miejscu dłużej niż 6-7 dni to zdycham, a do tego jestem wielbicielką wszelkich zabytków i muzeów to naprawdę nietrudno mi dogodzić, postaraj się kochanie, wierzę w Ciebie. A zresztą, Kubu wie jakie to dla mnie ważne żeby przynajmniej raz w roku pojechać i coś zobaczyć, więc NAPEWNO TYM RAZEM SIĘ POPISZE :D PRAWDA kochanie? :)

    Na koniec zdjęcia naszego dorastającego w zastraszającym tempie kociaczka:

    kiti.jpgkotu.jpg

    ORAZ zdjęcie jak WSPÓLNIE oglądamy tvn style (dobra, ja oglądam. Kuba zasnął znudzony Jolanta Kwasniewską która tłumaczy jak się pakować żeby podróżowac z klasą, a koto śpi po brykaniu. W każdym razie mam moje dwa mężczyzny na jednej kanapie :) ostatnio to nasza nowa tradycja wieczorna :)

    my.jpg

    Nie będzie ono niestety radosnym połączeniem naszych genów, ale że tak powtórzę za majką jeżowską – wszystkie dzieci nasze są. Zostało znalezione przez internet (internet jest w obecnych czasach bezsprzecznie narzędziem budowania rodziny, swojego przyszłego męża też zresztą znalazłam w internecie, choć właściwie to bardziej on znalazł mnie). Tak więc podstawowa komórka społeczna (Ja i Kuba) została zbudowana na kanwie internetu, nasze legowisko (mieszkanie) również zostało wyszperane internetowo, do kompletu brakowało nam dziecięcia, mówisz masz, dziecięcie będzie z nami już we wtorek. Poniżej zdjęcie naszego przyszłego dziecięcia, którego narazie nie było nam dane obejrzeć w realu, ale to nic, już ogarnęła nas rodzicielska gorączka.

    kit.jpg

    Prawda że najsłodsze dziecko świata?
    W K odezwały się instynkty ojcowskie i ciągle mnie przytula i mówi że będziemy mieć dzidziusia (to chyba oznacza że nie musze się martwić czy będzie dobrym ojcem). Bylismy już nawet w sklepie dla przyszłych rodziców i kupiliśmy domek do samochodu. Taki z poduszką w środku i pojemnikiem na jedzenie. W planach mamy też playmatę z wiszącym kwiatkiem i drapaczką, łóżeczko, (miskę mamy już od dawna), i jakąś ogromą ilośc zabawek i artykułów pielęgnacyjnych. Niestety nasze mieszkanie jest słabo przystosowane dla małych kociąt bo posiada mnóstwo dziurasków typu brak obudowy do wanny (już widze jak moje dziecię wkręca się w turbinę od hydromasażu). Dlatego też musismy się do tego dobrze przygotować i znaleść wszystkie newralgiczne punkty. Rozważamy imię Baazigar, ale jest ono o tyle feralne że oznacza ryzykant :D i zdecydowanie nie chcemy żeby nasza kocina wzięła to sobie do serca i np. stwierdziła że warto sprawdzić czy da się przeskoczyć do sąsiada przez balkon. Albo jak długo spada się z ósmego piętra.

    No, to ahoj przygodo, odczuwam już na barkach ciężar odpowiedzialności za wychowanie nowego członka społeczności. Bedę musiała go przecież nauczyć TYLU rzeczy! np. że nie wolno drapać gości, chyba że ewidentnie się o to proszą. albo że nie można rozsypywać żwirku po kafeleczkach w łazieneczce bo mamusia na kolankach myła ścierą i domestosem. albo że nie można wyjmować łiskaska z miseczki łapkom i rozprowadzać po mieszkaniu, bo mamy przecież syneczku bialuśką podłogę i mamusia się zesra prędzej niż będzie myła ją codziennie. Albo że jak zostaje sam w domu to nie jest wskazane żeby dawał upust negatywnym emocjom odreagowując na naszej skórzanej kanapie i takie tam o. Macierzyństwo.

    Ale tak generalnie to nie moge sie doczekać wtorku :)


    • RSS